Relacja z 39 PZU Maratonu Warszawskiego

W ostatnią niedzielę bacznie obserwowaliśmy zmagania naszych członków podczas 39 PZU Maratonu Warszawskiego. Nie zabrakło naszej reprezentacji podczas zawodów na 5km, maratonu oraz sztafety drużynowej. Gosia i Damian wystartowali na dystansie 5km, odnotowując rewelacyjne czasy:

  1. Gosia – 27:44 – Miejsce OPEN – 1622 – Kategoria KOBIETY – 465
  2. Damian – 19:35 – Miejsce OPEN – 202 – Kategoria MĘŻCZYŹNI – 180

 

W sztafecie drużynowej wystąpiła Monika (9,5km), Rafik (22km) oraz Ola (10km). Drużyna Aktywnej Pszczyny z doskonałym czasem 03:36:06 zameldowała się na mecie maratonu, zajmując bardzo dobre 66 miejsce.

W swoim debiucie na dystansie maratońskim wystąpił natomiast Tomek, którego gorące jeszcze emocje zostały przelane na poniższą recenzję.

Wszystkim uczestnikom gratulujemy osiągniętych wyników w szeregach Aktywnej Pszczyny !

Relacja Tomka z debiutu maratońskiego – zapraszamy !

Przebiegniętych blisko 1000km, spalonych ponad 65 000 kalorii, 85 jednostek treningowych i 2 pary butów, to krótkie podsumowanie moich przygotowań do debiutu maratońskiego, który miał miejsce w zeszłą niedzielę podczas 39 PZU Maratonu Warszawskiego.

Sobota – 23.09.2017r.

Stolica przywitała nas jesienną pogodą. Pakiety startowe dla członków sztafety maratońskiej oraz biegu na piątkę odbierałem w sobotę w hali na Torwarze, gdzie odbywało się EXPO maratońskie. Swój pakiet odebrałem jeszcze w domu od kuriera DPD (na przyszłość – szkoda kasy, bo i tak miałem dużo czasu na przejrzenie „makulatury”, przymierzenie koszulek technicznych itp.). Od ok. godz. 15:00 udałem się z rodziną i znajomymi na Pasta Party, uzupełniając węglowodany na jutrzejsze zawody. Spotkanie z trenerem, wysłuchanie ostatnich wskazówek i o godz. 20:00 wylądowałem w łóżku.

Niedziela – 24.09.2017r.

Pobudka o godz. 5:50, toaleta, śniadanie – dwie kanapki ciemnego pieczywa z miodem i powidłami + banan + izo. W międzyczasie przyjechała śląska ekipa. Wspólnie o ok. 7:15 pojechaliśmy komunikacją miejską na Plac Trzech Krzyży. Pogoda deszczowa, więc na ciuchy naciągnąłem worek na śmieci. Uczestnicy biegu na piątkę udali się na swoje miejsca startu, a ja z bratem rozpocząłem rozgrzewkę. O 8:50 zajęliśmy miejsca w swoich strefach czasowych. Cel zawodów był jasny –  złamanie 3:45:00 w strategii Negative Split (tempo narastające).Wraz ze mną na linii startu obecna była Monika, która rozpoczynała sztafetę drużynową, a jej zadaniem było trzymanie się blisko mnie 😊.

Pierwsze 3 kilometry pokonaliśmy zdecydowanie szybciej, aniżeli planowałem. Strategia mówiła o tempie 5:30/km a my ten dystans pokonaliśmy w 15:56, dlatego postanowiłem kolejne pierwsze kilometry pobiec trochę wolniej, aby nie zapłacić frycowego na drugiej połowie maratonu (cały czas myślałem o dystansie po 30km, który był dla mnie nieznany 😊). Na 7km zgłupiałem… Mój Garmin oznajmił kolejny kilometr, natomiast flaga ze znaczkiem dystansu była ok. 300m dalej. Od tego czasu zacząłem porównywać czasy nie wg wskaźnika km w zegarku, ale wg odmierzonego dystansu na trasie (bo przecież trasa posiada atest i to ten czas będzie oficjalny). Na 10km opuściła mnie Monika z nową… życiówką na 10 km, a pierwszą zmianę sztafetową rozpoczął Rafik, który wystrzelił na swoją robotę – 22km. Od tego momentu biegłem sam – no prawie sam, bo co prawda było ok. 5500 innych uczestników, ale nikogo bliskiego 😊. Na 11km w ruch poszedł pierwszy żel energetyczny zapity małym łykiem wody na najbliższym wodopoju, dla szybszego wchłonięcia. 14km rozpoczął się małym deszczem, po którym już nie było śladu na 15km. W myśl mojej strategii, od tego czasu aż do 28km biec miałem w stałym tempie 5:20/km. Na 20 km byliśmy już w Łazienkach Królewskich i tam na kontroli czasu miałem dokładnie 14sek zapasu względem planu. Po przekroczeniu połowy dystansu, zgodnie z zaleceniami trenera, odpaliłem drugi żel energetyczny i dalej ciągnąłem swoim tempem. Na 22km doszedł mnie pacemaker na 3:45:00 ze swoimi „owieczkami” za plecami. Pogadałem z nim i słysząc, że biegnie on stałym tempem 5:20/km, pomyślałem że podepnę się pod grupę, a na 29km przyspieszę na 5:14/km zgodnie z planem. Po 3km biegu w ramię z „zającem”, okazało się, że tempo jest strasznie szarpane i pierwszy mój kilometr z nim wyszedł 5:16, drugi 5:08 a trzeci 5:22. Postanowiłem, że samotnie będę konsekwentnie realizował swój plan. 30 kilometr przekroczyłem z zapasem ok. 20 sekund, z czasem 02:40:50. Zaraz po przekroczeniu pomiaru czasu na tym kilometrze, rozpoczął się duży podbieg na Most Gdański. Mając w głowie podbieg sprzed dwóch tygodni na półmaratonie w Krynicy pomyślałem, że przecież to nie jest żaden podbieg, natomiast moje „dwójki” szybko dały mi znać, że zaczyna się stąpanie po nieznanym terenie 😊. Do 32 kilometra bez jakichkolwiek komplikacji dobiegłem w miejsce, gdzie odbywała się druga zmiana sztafety maratońskiej, gdzie startowała moja żona. Rafik, Gosia i Monika dali o sobie znać w dopingujących okrzykach. Zrobiłem sobie szybki przegląd aktualnej dyspozycji i uznałem, że zostało mi już tylko 10km i wbrew zaleceniom trenera, odpaliłem ostatni żel energetyczny, który pochłonąłem w całości, jednak w dalszym ciągu trzymałem w ręce opakowanie, psychicznie nastawiając się, że w razie słynnej „ściany”, mam koło ratunkowe 😊. Czułem duży zapas niespożytkowanej mocy, lecz w głowie miałem wszystkie rady, których słuchałem przez ostatnie tygodnie. Od tego momentu, miałem wrażenie, jakbym wszystkich wyprzedzał – biegnących, maszerujących, stojących, rozciągających się, obsługujących trasę i… ludzi w TOY-TOY`ach 😊. Na 34km puste opakowanie po żelu zamieniłem na ćwiartkę banana – trik psychologiczny. 36 kilometr pobiegłem w najszybszym tempie – ok. 4:59/km, aby na 39 oddać na podbiegu nadrobiony czas. Cały czas szukałem wzrokiem przed sobą Oli. Od tego momentu czas jakby zwolnił… Pomimo że dalej wyprzedzałem, miałem wrażenie że każdy z ostatnich 3 kilometrów trwał w nieskończoność. Słyszałem spikera na mecie, ale w dalszym ciągu jej nie było. Spojrzałem na zegarek i pierwszy raz zweryfikowałem tętno. Było bardzo dobrze. Kiedy zobaczyłem stewardesy z LOT`u, przyspieszyłem i z gestem triumfu – uniesionymi rękami – wbiegłem na linię mety z czasem 03:44:36. Emocjom nie było końca – dzisiejszego dnia zostałem maratończykiem !

Przemyśleń po debiucie wiele. Jak zwykle zawody obnażyły braki i pokazały, które elementy treningu należy poprawić. Z pewnością więcej czasu musze poświęcić na siłę biegową, ćwiczenia stabilizujące i podbiegi. Wytrzymałości mi nie brakowało, ale to dzięki Romkowi, który przez cały okres przygotowawczy katował mnie akcentami w 2 zakresie. Z pewnością brak pełnej regeneracji po Krynicy, również odbiło swoje piętno – ostatni półmaraton najpóźniej na 3 tygodnie przez maratonem – inaczej się nie zregeneruje w 100%. Teraz czas na odpoczynek regenerację i roztrenowanie. Za ok. 2 tygodnie pełne wznowienie treningów ? Jakie najbliższe plany ? Czas pokaże. Jedno jest pewne – w kwietniu 2/5 z korony maratonów – 17 PZU Cracovia Marton !

Ze sportowym pozdrowieniem

Tomasz Opuchlik

Comments

comments

No Comments

Sorry, the comment form is closed at this time.